Rozmowa z Harel

Harel - niezależna blogerka modowa z ponad dziesięcioletnim stażem. Autorka tekstów, poszukiwaczka rzeczy unikalnych, fanka zwierząt, wykształcony muzyk. Do tego świetna, bezpretensjonalna dziewczyna, którą od razu pokochałam, za szczerość i dystans.

Kaśka Marcinkiewicz: Zastanawiałam się w co się ubrać idąc na spotkanie z Tobą, poszłam oczywiście w vintage. Jakie ciuchy szanuje topowa blogerka modowa?

Harel: Ciuchy, to jak wyglądamy, to pierwszy komunikat jaki wysyłamy do świata. Po fascynacji trendami, modą, przez długi czas nosiłam wojskową parkę, jeansy i trapery. Przez parę lat wyglądałam tak, bo to mi dawało dystans, że nie muszę, pisząc o modzie, wyglądać super modnie, że nie muszę niczego udowadniać. To, że piszę i robię to dobrze, wystarczy, żeby uwiarygodnić swoją pozycję. Potem się coś we mnie zmieniło, zwłaszcza po wyjazdach za granicę. Skandynawia mnie natchnęła, widziałam wokół osoby, które nie są jakoś odstawione ale zadbały o to co mają na sobie, z szacunku do siebie i innych. Różnorodność strojów i szeroki wachlarz opcji w modzie podkreśla osobowość. Jakbyśmy wszyscy stwierdzili, że liczy się tylko wnętrze, nastąpiłaby uniformizacja a tego nie chcemy. 

Wizerunek jest składową szacunku do innych, do tych, których spotykasz?

Jest. Ja nie oceniam, czy coś jest modne. Super jest móc się wyrazić przez ubranie. 

Jest różnica czy modnie czy stylowo?

Teraz trudno powiedzieć co jest modne, bo modne jest wszystko. Trendy stricte ubraniowe się rozmyły. Coś co pojawia się w sieciówkach i to jest popularne. Trendem są bardziej zjawiska społeczne, na przykład ruch “less waste” albo oddech od technologii, od komórki, tzw. “joy of missing out”. Dlatego na wybiegach pojawiły się tak małe torebki, w których nie zmieści się telefon. Jest pełno nawiązań do podróży, nawet w jesiennych kolekcjach sporo mamy wakacyjnych, etnicznych motywów, przez trend eskapizmu, marzenia o ucieczce od prędkości. I powrót do robótek ręcznych, powrót do rzemiosła. 

Kiedyś każda dekada miała jakiś kształt, jak myślisz o latach 60tych to masz spódniczkę mini czy sukienkę o linii A, lata 70 to dzwony, lata 50te to talia podkreślona, 80te poduszki, 90te grunge. Potem nastało nowe millenium i trudno powiedzieć co było modne w pierwszej dekadzie XXIw. Kiedyś po jeansach można było określić dekadę a teraz nie można, teraz wszystkie są modne. 

Pewien rodzaj zadbania o siebie jest objawem szacunku do innych. Nie musisz być zapięta pod szyję ale schludna już tak. Lubię sobie marzyć, że liczy się wnętrze ale wiem, że ubranie to jest pierwszy sygnał, który się wysyła. Czasem manipulujesz strojem, są różne porady jak ubrać się w danej sytuacji, na przykład na rozmowę o pracę. Mam taką anegdotę, pracuje w fonotece brytyjskiej, założonej przez dwójkę przyjaciół, muzyków, rockmenów. Rekrutowali pracownika, on poszedł na tą rozmowę wyjąwszy wszelkie kolczyki, zasłonił tatuaże koszulą. Był bardzo spięty i zestresowany. W pewnym momencie nie wytrzymał tego napięcia, podwinął rękawy, pokazał swoje tatuaże i natychmiast się wyluzował a pracodawcy docenili jego autentyczność i zatrudnili go z miejsca. Jeśli musisz kogoś udawać, to co będzie dalej w tej pracy? Chciałabym myśleć, że strój nie ma znaczenia, ale jest ważny. 

To jest ok chyba. Ja mam poczucie, że jak założę obcas, to czuję się dziesięć kilo lżejsza, stabilna i mocna, odkrywam teraz po latach bycia punkowcem, fanką rocka, że lepiej się czuję, będąc bardziej kobieca.

A jak ja założę obcas to czuję się bardzo niepewna i przypominam sobie numer na pogotowie, ale zaczęłam wracać do kobiecych akcentów. Poczułam, że nie chcę być zaszufladkowana jako dziewczyna w jeansach i t shircie. Kiedy zaczęłam pokazywać się w sukienkach, odzew był niesamowity, obserwuje mnie 14% mężczyzn, chyba wszyscy się odezwali: “jejku ale wyglądasz, powinnaś tak chodzić”. Warto sięgać w obce strony, nie bać się, patrzeć, co będzie. 

Chciałabym wrócić do 2008 roku. Dobrze to pamiętam bo dzieliłam wtedy pracownie z Teskoblog Store i Lous i widziałam tą ekscytację, jeśli Harel napisała to znaczy, że robisz dobrą robotę. Jak z Twojej perspektywy zmienił się polski rynek przez te ponad 10 lat?

To już 13 lat. Zaczęłam pisać w 2006. Chwilę później nastał boom na polską modę. Pamiętam 2012 i tydzień mody w Łodzi, gdzie pokazywali się wszyscy świetni projektanci oraz młodzi, w sekcji OFF. Wszystko było wtedy genialne. Główny problem u nas jest taki, że kształcą Cię, mówią Ci wspaniałe rzeczy, ale w ogóle nie przygotowują Cię biznesowo. Nie uczą, jak utrzymać się jako artysta. Nikt nie mówi, że musisz mieć zaplecze finansowe, biznes plan, pomysł, najlepiej umieć do siebie przekonać inwestora. Młode marki, które teraz powstają, trochę nauczyły się na błędach tych starych. Obserwują, więcej wiedzą, są sprytniejsze. Znają lepiej rynek, nie łudzą się. 

Masz poczucie, że polski design można jakoś jednoznacznie określić? Może powinniśmy iść w fair trade, organiczne materiały?

Jeszcze nie mamy konkretnego kierunku. Raczej podążamy sprawdzonymi ścieżkami. Ekologiczna produkcja jest droga i mało marek chce ładować kasę i czekać na zwrot dwa, trzy lata. Coraz częściej marki sięgają po polski len. Mamy fabryki lnu i jak się go zmiękczy to można uszyć sukienkę, można zafarbować na inny kolor i wygląda super:  ŁYKO, Seaside Tones, Lovlin, tam ten len jest sztywniejszy, one robią sukienki, które spokojnie mogłyby być wieczorowe. Jessica Mercedes korzysta z polskiego lnu w swojej nowej marce, Veclaim. 

Żeby to było fair, potrzeba pieniędzy, taka jest brutalna prawda. Mamy marki swetrów np.: Bsides, Basia, właścicielka marki, ma zaprzyjaźnione panie na Podlasiu, które dziergają je ręcznie. Mają oczywiście słuszną cenę, wełna nie jest jednak nasza góralska, ale jest sprowadzana z Ameryki Południowej: merino wool, która nie gryzie. 

Obserwuję marki i staram się nie oceniać. Dawniej krytyka przychodziła mi łatwiej. Zjechałam kiedyś potwornie markę Nenukko, w sumie nie rozumiejąc ich filozofii, a one chciały być fair i nie używać materiałów odzwierzęcych, w związku z tym używały materiałów sztucznych, trudnych w noszeniu. Teraz bym już taka nie była, teraz chciałabym zadać więcej pytań, dowiedzieć się jaki cel im przyświeca i czy same to noszą. 

Jesteś wykształconym muzykiem. Pracujesz jako muzyk?

Muzyk w stanie spoczynku, bo nie gram, ale jestem konsultantem muzycznym, więc codziennie słucham ton muzyki.

Muzyka kojarzy mi się z niebywałą dyscypliną i determinacją. Czy to pomaga Ci w pracy?

Na pewno tak.  To, że jestem wykształconym muzykiem, pozwala mi pracować w domu. Jak zaczynałam pracę w domu, to zdarzało mi się siedzieć w piżamie. Wydawało mi się, że skoro nie chodzę do pracy, to mam cały czas wakacje, co przepłaciłam mocnym tąpnięciem zdrowotnym. Okazało się, że jestem bardzo zmęczona i wypalona, mimo, że byłam w domu, pisałam o fajnych rzeczach albo szukałam muzyki do produkcji, piłam kawę, jadłam rogaliki. 

Moja pierwsza poważna praca była w Teatrze Rozmaitości, grałam na organach do dwóch sztuk u Warlikowskiego, przez dziewięć lat od roku 1999. Też nie była regularna, ale jednak się wychodziło, zmieniało otoczenie. W domu musiałam sobie wyrobić dyscyplinę i planować wolny czas. Weekendy mam wolne, pracuje od 10 do 18. Maluje się do pracy i ubieram ładnie, tylko butów nie wkładam. Musiałam to zrobić dla komfortu psychicznego. Laptop jest uziemiony na biurku, mam swój kącik, nie biorę go na kanapę i nie ma wstępu do sypialni. Niestety jeszcze komórka ma wstęp. 

Jak patrzę na Twoje zdjęcia, jak z Tobą teraz rozmawiam, to zwraca moją uwagę Twój dystans i poczucie humoru. Jak Ty się uchowałaś w tej branżuni taka?

Nigdy mnie nie ruszała ta branża. Jest sporo dziewczyn, które jak zaczynają pracę w modzie i wokół jest dużo młodych, szczupłych kobiet, to budzą im się kompleksy ale ja nigdy tego nie miałam. Chyba dzięki mamie. Mama jest pięknością. Będzie miała 67 lat, wygląda na czterdzieści parę. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek się odchudzała, martwiła, że się starzeje. Ja po niej nie widzę problemu w tym, że się zmieniam. Bardzo mnie śmieszy jak ktoś mówi, że jestem odważna, że się pokazuję, nosząc ten straszny rozmiar 38, plus size. 

I mówisz o sobie pan?

To jest zabawne, bo bardzo długo jak się nie pokazywałam to dużo osób myślało, że jestem facetem. Nie wiem, czy wydawało im się, że kobieta nie może pisać o modzie?  Dostawałam zaproszenia na pana Harel, maile typu "panie Rafale”. Teraz znajome marki robią sobie żarty i wysyłają Szanowny Panie Harel i to jest strasznie śmieszne. Pan Harel też daje mi coś do powiedzenia w kwestii umowności płci. Wracając do mojego dystansu, chodzi o to, żeby się nie oszukiwać, wiesz w czym wyglądasz dobrze, w czym źle. Nie mam problemu z tym, że się starzeję, zawsze mnie fascynowało, jak się zmienia moja twarz, jak będę wyglądać, gdy będę miała 50 czy 60 lat. Wiem, że oczy zostaną, że uśmiech zostanie. Wiem, że po szyi można poznać, że nie mam już dwudziestu lat. Mam dobre geny i w miarę młodo wyglądam ale się też nie oszukuję się i nie gonię żeby czas zatrzymać. 

Mam taką teorię, że ojciec dużo daje dziewczynkom takiej podstawy jeśli chodzi o akceptacje i wiarę w siebie.

Z ojcem jest zabawna historia, bo on nadal uważa, że jestem małą dziewczynką, która mieszka z obcym facetem. Dla Niego jestem córunią, dzieckiem prawie. Zawsze mi kupuje czekotubkę.  (śmiech)

Ojciec pomaga Ci zachować młodość. 

Tak, mój mąż nigdy od Niego czekotubki nie dostał. Trafiałam na różnych facetów, jeden był zakochany po uszy, drugi chciał zmienić we mnie wszystko. Ja się chyba lubię po prostu, mam szczęście. Czasem wyglądam dobrze w lustrze, czasem nie. Czasem się nie wyśpię, mam kaca, wyglądam strasznie. Niestety zauważam już to, że bywają dni, że źle wyglądam, mimo, że nic nie mam na sumieniu. To upływający czas, to się już dzieje. 

Kiedyś myślałam, że każdy ma taki dystans do siebie a okazuje się, że w ogóle nie. Zwłaszcza instagram, kiedyś pokazałam się w kostiumie kąpielowym, z daleka, bo nie lubię pokazywać wszystkiego, dziewczyny mi gratulowały odwagi, że pomogłam im się nie wstydzić, że mają duży biust czy szerokie biodra. Co możesz zmienić, to dbać o siebie. Ja jestem leniem ale wiem, że trzeba się ruszać, dla serca, dla zdrowia, dla przyszłości. Dbać o kręgosłup, wzmacniać wszystko, więc może niechętnie ale to robię. Staram się jeść zdrowiej ale bez przesady, mam nawet taki hashtag: #tyjzharel. Co za przyjemność spędzić życie na tym, że patrzysz w lustro i myślisz: pięć kg i będzie dobrze; albo patrzysz na talerz i “ostatni raz jem czekoladkę”. Całe Twoje życie sobie obiecujesz, że wszystko zmienisz bo to co jest teraz, jest przejściowe i okropne. Oczywiście będąc w tym świadku mody, zdarzyło mi się, że życzliwe osoby mówiły mi, że wypadałoby się umalować. Ja się maluję, ale jak zdarzy mi się nie, to uważam, że nie ma tragedii.  Albo słyszę, że już dosyć tego ciasteczka, albo, że mogłabym już coś zrobić z włosami, bo już mi siwe wyrastają. Dzięki, ale co Tobie do tego właściwie, Ty o siebie zadbaj, nie jedz ciasteczek, ja robię co chcę, daj mi żyć, weź mi nie przeszkadzaj, jak Ci się nie podoba to się odwróć w inną stronę. Nie można uszczęśliwiać innych na siłę. 

My w tym roku po raz pierwszy ustaliłyśmy z przyjaciółkami, że nie mamy w postanowieniach noworocznych: schudnę do wagi z liceum, zajęło nam to prawie 20 lat. 

Waga to jest osobny temat, to jest tak normalne, że się organizm zmienia a trochę idą przykłady z góry, celebrytek, które żyją na koksie i gorzkiej herbacie. Wiadomo, że wtedy są chude. To jest odsetek dziewczyn, które poświęciły wszystko, żeby odpowiednio wyglądać. Jak wiążesz się kontraktem, to dostajesz też od telewizji cały pakiet wytycznych co ostrzyknąć a co odessać. Z drugiej strony wiadomo, że w telewizji kupujesz iluzję i nie chcesz tam widzieć takiej samej pani jak ta, którą zobaczyłaś w lustrze po przebudzeniu. 

Jak dobrze wyglądać na zdjęciach? Twoje zdjęcia są autentyczne, roześmiane, dobrze się na nie patrzy i nie da się Ciebie nie lubić.

Ja mam to szczęście, nieskromnie powiem, że wiem, że  jestem fotogeniczna. Wiem to od dzieciństwa. Lepiej wyglądam na zdjęciach niż na żywo bardzo często. Też trochę tak jest, że wiem, jak dobrze wyglądać. Troszkę trzeba poćwiczyć żeby się tego dowiedzieć. Byłam skrępowana, kiedy ktoś mi poradził, weź więcej siebie pokazuj, bo Ty jesteś tu najfajniejszym elementem. Jak to ja a te marki? Ale rzeczywiście, pokazuję markę jest ileś polubień, pokazuję siebie jest dużo więcej. Pokazuję więc siebie w marce, to jest mój sposób. Przestałam się wstydzić, mąż mi porobił trochę zdjęć, nauczyłam się, że warto stawać trochę bokiem, uśmiechnąć się, poznałam jaki kąt jest dla mnie dobry. Trzeba odkryć swoje dobre strony. Nie mam zawsze kontroli nad tym jak wyglądam, jak gdzieś jestem i ktoś mi zrobi zdjęcie i powiedzmy, że nie wybrałabym go, nie martwi mnie to szczególnie. Myślę sobie, wyglądam tak. Te oskarżające stwierdzenia, że ktoś wrzuca tylko zdjęcia, gdzie ładnie wygląda, a takich prawdziwych nie, są bez sensu. Te kiedy ładnie wyglądam, też są prawdziwe, dlaczego mam wrzucać takie, na których wyglądam beznadziejnie? Ćwiczyć, poznać swoje dobre strony, schować skromność do kieszeni. Jak chcesz dobrze wyjść, to musisz się postarać. Raz zrobiłam na prima aprilis taki żarcik, że wrzuciłam makijaż a la Kim Kardashian, wykonturowana. To było potworne, ale tego samego dnia dostałam propozycję, żeby robić takie śmieszne filmy, nie skorzystałam. Nie robię więc sobie specjalnego makijażu do zdjęć, nie obrabiam ich jakoś szczególnie oprócz tego, że wyrównuję kolory jak jest sztuczne światło, nigdy nie ruszam swojej twarzy ani nie robię sobie np.: talii. 

Harel ma raczej marzenia czy plany?

Śmieszne, bo Harel jest człowiekiem osadzonym w teraźniejszości bardzo. To są raczej marzenia, ale jak sobie coś postanowię i umieszczę w przyszłości ,to trochę do tego dążę, a trochę to się samo spełnia. Nagle się zorientowałam, że owszem miałam marzenie, żeby pisać do Vogue, ale można powiedzieć, że nic w tym kierunku nie robiłam. A z drugiej strony można powiedzieć, że zrobiłam wszystko, po prostu pisałam. Nie na pokaz, tylko dlatego, że to lubię i zgłosili się do mnie. Jakiś czas temu stwierdziłam, że spełniło mi się to marzenie, a nawet tego nie zauważyłam. 

Konsekwentnie dążysz do celu, raczej rzucasz się w nieznane czy małe kroczki i jak coś nie idzie to wycofujesz się na z góry upatrzone pozycje?

W ogóle nie mam strategii. Intuicja bardzo mi pomaga i bardzo jestem osadzona w tu i teraz. Bardziej myślę o przeszłości niż o przyszłości. To zawsze jest w moich tekstach, szukam kontekstów, historii, lubię się odnosić do tego co działo się kiedyś. Jeśli chodzi o przyszłość, to oprócz tego, że jestem ciekawa ,jak będę wyglądać za 50 lat, planem jest to, żeby teraz żyć zdrowo i jak najdłużej być w dobrej formie. Blog i instagram prowadzę też bez planu. Oczywiście mam listę marek, o których chcę napisać, ale to jest na zasadzie, na co dzisiaj mam nastrój. Na instagramie ludzie mnie pytają kto mi prowadzi konto, bo jest tak super konsekwentne. Ja naprawdę sama to prowadzę i nie wiem co jutro wrzucę. Jeśli nie są to posty sponsorowane, które się zdarzają i oczywiście zawsze to oznaczam, to jest spontan. Jak na przykład zdjęcie, które dostało rekordową liczbę polubień, jak się pokazałam w obcisłym sweterku i spódnicy i podpisałam Harel Kardashian i mi pełno osób pogratulowało ciąży.

I zrobiło Ci to coś, że Ci pogratulowali ciąży?

Nie. Napisałam potem sprostowanie, że miałam raclette party poprzedniego dnia i potwornie się obżarłam. Oczywiście były komentarze: ale ty jesteś odważna. Nie miałam wrzucać tego zdjęcia, zrobiłam je sobie w lustrze ale pomyślałam, że wyjdę ze strefy komfortu luźnych ciuchów i pokażę. Co mam do stracenia? Komentarze były, że inspiruję, że w końcu zaczęłam się akceptować. Jedno zdjęcie wrzucone spontanicznei. Poczułam odpowiedzialność, jaka to jest siła. Czuje rzeczywiście, że mam wpływ i chcę przekazywać dobre rzeczy. To, że siebie lubię, to nie jest oczywiste i chcę to podawać dalej. Czasem też lubię pokazać, że nie wyszłam dobrze na zdjęciu. Wczoraj wrzuciłam na Stories zdjęcie z hashtagiem #chodakowskapłacze, na którym mam sukienkę i fałdę na plecach.  Lepiej nie podchodzić tak strasznie poważnie do siebie.

Coś się wydarzyło takiego, że nasz wizerunek zostaje poddawany takiej presji, że nie jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić. 

Moja przyjaciółka przysłała mi ostatnio zdjęcia ze studniówki, wygląda genialnie, to jest wysoka dziewczyna, z komentarzem: “Ty wiesz, że ja wtedy uważałam się za najgrubszą dziewczynę w klasie i że wyglądam beznadziejnie”. Ja tego nie miałam, bardziej rywalizowałam z chłopakami, kto lepiej zagra egzamin, kto coś napiszę lepiej. Intelektualna przewaga. Potem mi się tak zrobiło, że wydawało mi się, że może trzeba by schudnąć. Ale jak patrzę na ówczesne zdjęcia, to była bzdura…

Twoja zeszłoroczna grubość jest tegoroczną szczupłością. 

Caroline de Maigret napisała w książce “Jak być paryżanką”, że jak patrzysz w lustro i obserwujesz swoją twarz, to pomyśl jak będziesz wyglądać za 10 lat i ciesz się.

Miałam historię z operacją biustu, trzeba go było zmniejszyć, ale ja go bardzo lubiłam, powstał nawet hashtag #bufetharel stworzony przez Michała Szulca, bo się nie mieściłam w żadne rzeczy, które projektował. Na szczęście parę rzeczy mi uszył na miarę. Weszłam na jakieś forum, gdzie było pełno dziewczyn, które marzyły o operacji, bo od dzieciństwa nie lubiły swojego biustu, a ja przeżywałam żałobę, że muszę go zoperować, miałam temat oswojony. Zobaczyłam, jakie dziewczyny mają kompleksy i że często operacje plastyczne nie wynikają ze zdrowotnych przesłanek t,ylko żeby wyleczyć kompleks, a to jest bardzo niebezpieczne. Wyleczysz jeden kompleks, a pojawia się następny. Trochę się karmisz ten brak akceptacji, musisz na coś narzekać. Mi biust o tyle zmienił życie, że nie boli mnie głowa i plecy. 

Czasem wkurza mnie, że jakieś ciuchy, które bym bardzo chciała, na mnie nie pasują. Albo sobie mówię ale beznadziejna ta marka, że nie ma rozmiarów albo się biorę za siebie, żeby się zmieścić. 

A co Cię wewnętrznie ubogaca?

Na pewno wewnętrznie mnie wzmacnia i wzbogaca oglądanie filmów i książki. To mnie odrywa, daje inną perspektywę, daje pojęcie o świecie. Człowiek nie ma szans doświadczyć wszystkiego. 

A muzyka?

Muzyka to jest część mnie. To jest coś ze mną tak związanego, że widzisz, nawet nie wpadłam na to, żeby muzykę wymienić. To jest dla mnie tak oczywiste. Ja mam zawsze muzykę ze sobą, jeśli nie na uszach to i tak mi coś gra w głowie, to się nazywa audiowanie. 

Uwielbiam, w jednym z tytułów babskich jest taka rubryka “dzień z…” jak te gwiazdy wstają o 6 bez budzika, popijają makrobiotyczny koktail, biegną do swojego butiku, z dyskretnym makijażem rozporządzać sztabem ludzi, potem bale, festiwale, jest wszystko. Ja wstaje z zapuchnięta twarzą po dziesięciu drzemkach i zmagam się z rzeczywistością, nie zawsze kolorową a jak wygląda dzień z Harel?

Rytm jest podyktowany rytmem mojego psa. Rano wstaję po dziesięciu drzemkach, idę z psem na spacer. Ostatnio wychodzę w piżamie bo jest już cieplej. Śniadanie, komputer, działam, działam, działam, potem znowu spacer z psem, obiad, mąż wraca z pracy. Czasem coś gotuję. Potem znowu praca, praca. Czasem sobie oglądamy jeden odcinek ulubionego serialu, teraz „Homeland”. Śmiejemy się, że nasz wspólny czas małżeński to jest „Homeland” chwilowo. Potem znowu spacer z psem, kolacja.

Taka jesteś zwykła jakaś (śmiech)?

No tak. Czasem się zdarza, że pójdę na jakiś event, ale na pokazy przestałam chodzić. Może to ma sens dla sponsorów, celebrytek, magazynów mody. Najpierw musisz się tam dostać, zazwyczaj to jest w dziwnym miejscu, potem czekasz półtorej godziny żeby wszyscy się zeszli, ścianki. Potem jest dziesięć minut pokazu, jak dobrze siedzisz to fajnie, ale bardzo często jest tak, że czy jesteś Harel czy nie, to jak przyjdzie celebryta, to nie a dla Ciebie miejsca, mimo, że to nie on coś napiszę tylko ja. Nie tak, że tylko dla mnie nie ma miejsca, ale w ogóle dla dziennikarzy, to nie jest impreza dla prasy, tyle się zmieniło. Kończy się pokaz, jest jakiś drink, musisz się do niego przepchać, odpowiadasz sto razy na pytania co u Ciebie. Czekasz na taksówkę, ponieważ wszyscy zamawiają taksówki, to ona nie przyjeżdża. Trzy i pół godziny później jesteś w domu, po jakimś ohydnym drinku z rozmarynem, nic nie pamiętasz bo jesteś zmęczona. 

Coś się zmieniło, w tym okresie roku, powinno już być kilka pokazów a projektanci ich nie robią. Teraz się wycwaniłam i najbardziej lubię indywidualne spotkania, przy świetle dziennym. Wtedy mogę pogadać, dowiedzieć się wszystkiego, podotykać, poprzymierzać, nic mnie nie rozprasza. To ma największą wartość merytoryczną. Towarzysko kiedyś bywałam, wracałam o 4 rano obładowana jakimiś prezentami, typu płyn do płukania ciuchów. Teraz im jestem starsza, tym bardziej doceniam czas dla siebie, sen, ten „Homeland”. Lubię zwolnić. Jestem nietypową osobą w modzie, uciekam trochę, a jednocześnie wiem, co się dzieje. Nie potrzebuję efektów specjalnych. Pamiętam, jak byłam na pierwszym pokazie w życiu, to była Joanna Klimas, w jakimś budynku niewykończonym, gdzieś na Nowolipkach, to był jejj powrót. Kolekcja była świetna, ludowa, tylko nie wcelowała w czas. Ten pokaz to było tak fajne przeżycie, strasznie mi się wszystko podobało, muzyka, nagłośnienie, ludzie, puls. Wtedy jeszcze chodziło o modę, teraz bardziej chodzi o to, żeby się pojawił sponsor na ściance, żeby sobie zrobić odpowiednie zdjęcie. Chyba kolejny etap musi się przewalić.

Polecam Wam totalnie jeden z ostatnich postów Harel na blogu, gdzie królowa niezależnej mody podpowiada jak kupować MNIEJ. 

podziękowania dla Przegryź i Kyosk za możliwość wykonania zdjęć.

rozmowa i zdjęcia: Kaśka Marcinkiewicz